Rankiem kolo 7 - budzi nas kolega Stefek (ale, kulturalnie bez walenia w drzwi tylko gasil i zapalal swiatlo u nas w pokoju).
Wsiedlismy do jego tuktuka i pognalismy do granicy (okolo 30 km - cena 20 yankesuf). Po drodze zlapal nas ostry deszcz - ale Stefan gnal nawet w deszczu.
Wysiedlismy przed granica (dalismy Stefanowi breloczek z godlem polskim do kluczy od tuktuka) byl bardzo szczesliwy. Porobilismy pare fotek na pozegnanie, a dalismy mu kartke pocztowa z Zielonej Gory i napislaismy tam , ze to spoko koles - bo to byl jednyny spotkany Chinczyk, ktory nie chcial nas naciagnac.
Przejscie graniczne to tragedia chyba 6 bramek do przejscia (u nas to robi jeden celnik). Ale po malych perypetiach (nie wbili nam na 2 bramce pieczatek wjazdu i na ostatniej bramce nas koles cofnal).
W koncu wskoczylismy w busa i pojechalismy do Hanoi (czas - cena).
Hanoi miasto milarda motorkow. Jak wysiedlismy to halas pomieszany z potem byl oszolamiajacy. Znalezlismy hotel za 10 USD z wygryziona dziura chyba przez szczura w drzwiach. Ogolnie ciagle mamy nadzieje ze wietnamce wszystkie szczury juz zjedli i nie ma sie czego obawiac.
Ruszylismy na miasto i pierwsze co to wsiedlsmy na riksze. Po chwili targowania zeszlismy z ceny o polowe i smigalismy po miescie niczym panicze z Polski przez godzine. Jednak chlopaki przecenili swoje mozliwosci , nie wiedzieli ze wzieli dwa slonie na swoje nogi. Po pol godziny ledwo co pedalowali:) Pozniej klotnia oczywiscie o kase ale i tak wyszlo na nasze.
Caly dzionek chodzilismy po ulicach , ktore w sumie wygladaja tak samo. Zmeczeni halasem i ruchem siedlismy w parku na browarkach. Szybko zjawili sie naciagacze. Ale jeden chcial nas podejsc calkiem cwanie. Najpierw chcia nam opchnac jakies dragi, pozniej panienki, bowary i na koncu koszulki. Nic mu ise nie udalo. Siadl sobie z nami i zaczal opowiadac o swoim zyciu jak mu ciezko itd. Zaprowadzil nas do starej czesci miasta na pysznego browarka za 2000 dongow (ok. 40 groszy). Ponawijalismy z nim, on wyciagnal i dal nam orzeszki i jakiegos wietnamskiego suchara. Szkoda nam go bylo i chcielismy mu dac jakas kaske na koniec dnia. Ale jak przyszlo do placenia to okazalo sie ze suchar kosztowal jakies 50000 dongow, orzeszki 20000 kazda paczuszka w ktorej bylo moze 30 orzeszkow:). Po chwili klotni zaplacilismy tylko za piwa i poszlismy w kime.
Ogolnie miasto jest spoko ale meczy halasem i ruchem. motorek na motorku. Ciezko przejsc przez ulice. I do tego jak to azjaci lubia trabic.
Takze nas ciagnie do dzungli